Finnowi Tomasonowi głosu użyczył Andrzej Szubski
Przemysław Witek / Tomasz Sośniak (pianino)
Idea Tomasonów rozwinięta przez japońskiego artystę Genpei Akasegawę to wspólny mianownik historii opowiadanych przez Deę Loher w „Złodziejach”: historii o poszukiwaniu ojca, będącej jednocześnie opowieścią o poszukiwaniu tożsamości; archetypicznej historii o oczekiwaniu na syna, który nigdy nie powróci; tragicznie kończącej się przypowieści o człowieku wyruszającym w poszukiwaniu prawdy; opowiastki o łatwowierności kobiet; migawek z życia człowieka, który dał za wygraną; alegorii kobiety od czterdziestu trzech lat nie przyjmującej do wiadomości, że mąż od niej odszedł; przewrotnej relacji z desperackiej walki o awans; i last but not least historii o determinacji‚ z jaką kołtuństwo broni swojego status quo. Opowiedziane są one w prawie filmowej, epizodycznej estetyce, pełnej powtarzających się symboli i metafor. Wyimaginowany świat i rzeczywistość przenikają się tworząc pewną „surrealność”, a postaci nie kierują się logiką dnia codziennego.
Część bohaterów tych nieprawdopodobnych historii o bardzo prawdopodobnych konfliktach i problemach nosi właśnie nazwisko Tomason.
Idea Tomasonów stała się też punktem wyjścia koncepcji spektaklu i scenografii: ludzie i przedmioty zatracają swój pierwotny sens, znaczenie, cel, przeznaczenie, funkcję, z jakiegoś powodu zostają zapomniani, wyrwani z dotychczasowego kontekstu, coś w nich pęka i zostają sam na sam ze swoją bezradnością w świecie dalekim od rzeczywistości. Nie widzą tego, bądź zauważają to dużo za późno.
Są jak „złodzieje”, którzy „żyją jakby nie żyli. Przekradają się przez swoje własne życie, ostrożnie i nieśmiało, jak gdyby nic z niego nie należało do nich, jak gdyby nie mieli prawa w nim przebywać”.
Monika Dobrowlańska
U Dei Loher tytułowi „Złodzieje” żyją tak, jakby ich życie nie należało do nich. Jakby stracili nad nim kontrolę, zgubili kierunek. I wybierają różne taktyki, żeby to poczucie dezorientacji zagłuszyć. Na jednym biegunie samobójstwo, na drugim często naiwna nadzieja, a gdzieś pośrodku beztroska, rezygnacja, wrogość wobec świata, cynizm. (...) Aktorsko na pewno obronili się Schmittowie: Gerhard (Wojciech Kalwat) i Ida (Teresa Kwiatkowska), przyspawani do kanapy, ubrani w jednakowe marynarki w szachownicę, z nogami w jednej nogawce i klatką po chomiku na kolanach. Zakłamywanie rzeczywistości maluje się na ich twarzach (przesadna mimika, półotwarte usta na długo po wypowiedzeniu zdania), widać je w ich postawie (niczego nie będziemy zmieniać, nigdzie się nie ruszymy!).
Michał Gradowski, „Gazeta Wyborcza”, 3.12.2010