János Háy (1960) poeta, prozaik i dramatopisarz. Absolwent filologii rosyjskiej i historii Uniwersytetu Segedyńskiego oraz Wydziału Estetyki Uniwersytetu Budapeszteńskiego. Laureat nagród literackich: Jánosa Sziverego (1994), pisma Alföld (1999), Milána Füsta (2001), Attili Józsefa (2002), Ernő Szépa (2002), nagroda za najlepszy dramat sezonu (2002), nagroda za dramat dla młodych pisarzy (2004), nagroda Cechu Dramaturgów: najlepszy węgierski dramat sezonu (2004), dwukrotny stypendysta Fundacji Sorosa i Stypendium Literackiego im. Zsigmonda Móricza, członek Związku Pisarzy Węgierskich i Towarzystwa Pisarzy Literatury Pięknej.
Stary Franka Hernera skłania do zamyślenia się nad ludzkim losem. Jego konstrukcja jest bardzo ciekawa. Nie ma tu centralnej postaci. Spotykamy sie z trzema „wiejskim filozofami” Lajosem Bandą, Pityu Herdą i Bélą Krekácsem, którzy zasilili szeregi bezrobotnych i egzystują bez widoków na przyszłość. Kamieniołom zamknięto, do wsi zawitało bezrobocie, żyją teraz z zasiłku i wykonują prace interwencyjne zlecone przez samorząd- oszczyszają przydrożny rów, który rok w rok i tak zawsze zapełnia woda.
Nad rowem z nadzwyczajną prostotą rozmawiają o nieuchronności losu, życiu i śmierci, zmienności i stałości, indywidualności. Jeden z nich usiłuje opowiedzieć swoim kolegom o tym, co widziała jego matka w telewizji, ale bezskutecznie, gdyż zawsze ktoś zmienia temat, bądź przerywa. Z wypowiedzianych strzępów zdań układa się w końcu szokująca widomość. Spełniło się to, co jako dziecko podczas bójki powiedział Frankowi Hernerowi, znienawidzonemu koledze z klasy, synowi miejscowego milicjanta. Sprawdziła się klątwa, że „będzie z niego morderca”...
Hay próbuje pokazać pewną nieuchronność losu, bardzo prostą prawdę o życiu, aby nigdy nikomu źle nie życzyć. Przy okazji i mimochodem pokazuje świat ludzi z węgierskiej prowincji. Ale jak to w dobrym dramacie bywa, węgierski kostium szybko pęka i bez żadnych konsekwencji interpretacyjnych moglibyśmy wpisać przy nazwisku aktorów imiona i nazwiska czeskie, polskie, słowackie... Hay brawurowo konfrontuje poetycką abstrakcję z realizmem, codzienność z filozofią, psychologiczną głębię z niebywałym poczuciem humoru. W jego sztuce najwazniejsze jest słowo, ono powołuje byty i światy. Nie wiem, jak to jest w oryginale, ale dzięki Jolancie Jarmołowicz, po polsku, słowo brzmi cudownie. Z jednej strony jest bardzo proste, z drugiej - poetyckie, wulgarne i humorystyczne, soczyste, zaczepne, dojmujące...
Stefan Drajewski, „Głos Wielkopolski”, 27 czerwca 2005
"Stary Franka Hernera" to późne dziecko Becketta, Witkacego, Mrożka : zaprawione groteską zderzenie prostoty (ale nie prostactwa !) z metafizyką. Podoba mi się ta sztuka. Interesuje mnie sytuacja, w której trzech facetów oczyszczających rów melioracyjny na głębokiej prowincji prowadzi dyskurs o przeszłości i twórczości. Przeszłość próbują interpretować, przyszłość przewidzieć, a równocześnie tkwią po kolana (autentycznie) oraz po uszy, szyję i czubek głowy (metaforycznie) w tym, w czym tkwią: w rowie, w marazmie, a bezsilności, w niewiedzy, w stereotypach... Ale nie tylko. Inaczej niż bohaterowie większości współczesnych sztuk są bowiem także zakorzenieni, przywiązani do miejsca, wpisani w kontekst, który jest ich własny, autentyczny, ważny. To "skazanie na rów" nie jest więc jednoznaczne. I to mnie w tekście Haya ujęło najsilniej. Bardzo płynnie, niemal niezauważalnie przechodzi się tu też od zwyczajności do niezwykłości i z powrotem. Tych "transgresji" autor nie rezerwuje wyłącznie dla wtajemniczonych. Może ich doświadczyć każdy. Ten, kto łapie ryby gołą dłonią, mieszka z krowami i słyszy "głosy, które spłonęły w pożarze". I ten, kto był synem milicjanta, a potem trafił do telewizyjnej "dwójki" w dramatycznych okolicznościach. I ta, którą burmistrz nauczył po godzinach, jak sie posługiwać spinaczami i segregatorami. I ta, której nikt się nie kłania, bo jest obca. W tekście Haya życie - ułomne, kalekie, byle jakie - jest Tematem. Jest wpisane w Opowieść.
Ewa Obrębowska-Piasecka, „Gazeta Wyborcza”, 28 czerwca 2005