Bohater „Ferdydurke”, udziecinniony najprzód przez straszliwego Pimkę, uwikłany zostaje w proces wzajemnego udziecinniania będący wielką, sekretną rozkoszą ludzkości, jej najmilszą rozrywką tudzież najstraszliwszym cierpieniem. Do jakiej psychologii prowadzi nas ten proces? Postacie z „Ferdydurke” nie mają ideałów ani bogów, lecz tylko niedojrzałe mity, które moglibyśmy określić mianem ideału dostosowanego do poziomu najgłębszej, autentycznej rzeczywistości człowieka (mit chłopa, pensjonarki, ciotki, itd.). Nie robią one tego, co chcą, nie odczuwają też zgodnie z własną naturą, przeciwnie, większość ich uczuć i czynów zostaje im narzucona z zewnątrz. Nawzajem popychają się ku postawom, sytuacjom, uczuciom bądź myślom obcym temu, co sami chcą, i dopiero później dostosowują się psychicznie do tego, co zdarzyło im się uczynić, poszukując ex post jakiegoś uzasadnienia i wyjaśnienia… zawsze pod groźbą absurdu i anarchii. (…) „Ferdydurke” utrzymuje, że właśnie nasza tęsknota za dojrzałością ciągnie nas ku owej niedojrzałości, niedojrzałości sztucznej, nasza zaś tęsknota za formą pcha nas ku formie złej. Podobni komuś, kto boi się własnej nagości, chwytamy pierwszy lepszy ubiór w naszym zasięgu, nawet najbardziej groteskowy, i w ten sposób tworzy się ten świat sklecony z niezdarności, niewystarczalności, niepowagi i nieodpowiedzialności, świat podkultury, form ułomnych, nieudanych, zwichniętych i nieczystych, wśród których toczy się najgłębsze nasze życie.
Witold Gombrowicz
(Przedmowa do hiszpańskiego wydania „Ferdydurke”, 1947)
Akcja toczy się szybko i sprawnie, efekt dynamiki potęguje obrotowa scena. Bohaterowie gonią za cielesnymi podnietami, a tygiel dziejowy zagarnia wszystkich, niezależnie od wieku, upodobań i poglądów.
Marta Kaźmierska, „Gazeta Wyborcza”, 2.01.2008
Józio za każdym razem przekonuje się, że światem rządzi forma. Ona narzuca rolę bycia uczniem, ona określa jego funkcjonowanie w pseudonowoczesnym świecie Młodziaków, ona wreszcie wyznacza życie w tradycji polskiego dworu. Tyszkiewicz werbalizuje na scenie słowa Gombrowicza, który pisał, że „nie jesteśmy samoistni, jesteśmy tylko funkcją innych ludzi, musimy być takimi, jakimi nas widzą". Reżyser nie aktualizuje niczego wprost, ale pośrednio odnosi się do bezmyślnej fascynacji tym co nowe, modne. Pokazuje anachronizm polskiego patriotyzmu (świetna scena z Polonezem) i w wykrzywionym zwierciadle szkołę. Sugeruje, że zmieniają się kolory świata, ale nie mechanizmy nim rządzące. A człowiek nieustannie musi się uczyć na nowo w nim żyć. Aktorzy poddali się reżyserowi, grając udawanie, grając narzucone im przez partnerów role. Mnie podobał się Jakub Papuga (Józio), który co jakis czas potrafił wyjść z roli i spojrzeć na otaczającą go rzeczywistość z perspektywy narratora. Duże wrażenie zrobił na mnie Łukasz Chrzuszcz (zwłaszcza w roli Walka). Pokazał, że czasami wystarczy odpowiednio modulować głos, by osiągnąć efekt. Świetne momenty miał Michał Kaleta (Miętus). Kilka pięknych sytuacji przedstawienie zawdzięcza Wojciechowi Kalwatowi (Pimko, Młodziak).
Stefan Drajewski, „Głos Wielkopolski”, 3.01.2008
„Ferdydurke” to miejscami aktorski popis. Synna już lekcja literatury (Słowacki wielkim poetą był...), czy próba bratania się Miętusa z parobkiem Walkiem jest zagrana brawurowo. Błyszczy i Michał Kaleta (Miętus) i Adam Łoniewski (Syfon), nie odstaje od nich też Jakub Papuga (Józio).
Michał Wybieralski, „Echo Miasta”, 7.01.2008